Janek

Janek

Janek, nasz dzielny syn, ma obecnie 2 lata i 3 miesiące.
Najbardziej lubi o sobie mówić, że jest biegaczem, wspianczem i zdobywacą szczytów.

Stefek Burczymucha: niedźwiedź

Stefek Burczymucha: niedźwiedź

 

Ma w sobie wulkan energii i uwielbia wierszyk: „Stefek Burczymucha“:

Ja niczego się nie boję, choćby niedźwiedź to dostoję

 

 

 

 

 

 

 

Jest jednak jedna rzecz, której sie boi. Szpital. I lekarze.
Janek ma stopy końsko-szpotawe od urodzenia nieudolnie leczone w polskich szpitalach.
Najpierw 12 gipsów: nogi nadal krzywe.
Stwierdziliśmy, że nie ma co decydować się na tenotomię w tym samym miejscu.
Zaczęliśmy podróż po lekarzach. Co jeden to inną miał myśl.
W międzyczasie nogi ćwiczyła reheabilitantka.
Ostatecznie trafiliśmy do Piekar Śląskich, tam syna zakwalifikowano do zabiegu.
Niby miała to być tenotomia, ale ostatecznie do końca nie wiemy co to było.
Janek się bał.
Bardzo sie bał.
Prosto z ramion mamy został wyrwany na operację, tam przez ponad 40 minut walczył – nie dawał sobie założyć wenflonu.
Od tego zabiegu zaczęła się jego lekarska trauma.
Gips zjechał mu z nóżki drugiego dnia po operacji, drugi zakładano mu w pośpiechu – siłą trzymało go pięć osób.
To była trauma także dla mnie. Kolejny gips spadł po jednym dniu…
Więcej ich nie było.

Druga noga została zoperowana po 3 miesiącach – z gipsami powtórka z rozrywki, tylko tym razem nikt Jaszkowi nie chciał ich założyć po raz kolejny.
Janek chodził w ortezach typu DAFO niemal 24 godziny na dobę, o szynie nikt nawet nie wspomniał. Według lekarzy leczenie zakończone.
A stopy Janeczka nadal krzywe.
Latem 2016 roku, dwa lata po narodzinach synka zaczęliśmy znów poszukiwania.
Najpierw trafiliśmy do Krakowa do Dr Kowalczyka – tam usłyszeliśmy, że leczenie zostało totalnie źle przeprowadzone, że Janka czeka 7 gipsów, tenotomia i nie wiadomo co potem.
Wychodziłam z gabinetu ze łzami w oczach, wściekła na siebie, że zaufaliśmy lekarzom, którzy nie wiedzieli co robią.
Postanowiliśmy jeszcze skonsultować cała sytuację w „Ortopie” w Poznaniu.
Prof. Napiontek orzekł, że konieczna jest poważna i rozległa operacja stóp z wykorzystaniem drutów. Poczuliśmy się znów zagubieni.
Już wtedy byłam w kontakcie z dziewczynami z facebookowej grupy „Stopy końsko-szpotawe“.
One namówiły nas na kolejną konsultację – daleko – bo w Wiedniu.
Pojechaliśmy.
Na miejscu okazało się, że Dr Radler odwołał tego dnia wszystkie swoje wizyty i operuje.
O nas zapomniał…
Zrezygnowani wsiedliśmy w auto, ale dzięki szybkiej akcji Moniki i Kasi udało się z Doktorem skontaktować telefonicznie.
Ufff – przyjmie nas, ale dopiero wieczorem.
Dr Radler poświęcił nam ponad godzinę.
Po raz pierwszy ktoś kompetentny SPOTKAŁ się z moją rodziną: zagubioną i łaknącą wiedzy.
Wszystko nam wyjaśnił, zaprzyjaźnił się z przerażonym Jankiem, ostatecznie kompletnie go rozbawiając i gadając sobie z nim jak by byli kumplami od zawsze.
No i – nie wziął za wizytę ani grosza. Bo zafundował nam stres i czekanie. Lekarz przez duże L.
Teraz czekamy na termin tenotomii.
Janka czekają 2 lub 3 gipsowania przed nią. Potem szyna.
I proste nogi Janka.
I jego wymarzone bieganie, wspinanie i zdobywanie szczytu. Na własnych, zdrowych stópkach.

P.s. Gdyby nie Kasia i Monika  nie byłoby tej historii, a my nadal bylibyśmy zagubioną rodziną.
Dziękujemy dziewczyny!

Zdjęcie w nagłówku: Wspinaczka
Z
djęcia w tekście: Tomasz Kaczkowski