Filip

Filip

Nasza historia, jest historią z tak zwanym „happy endem”.
O „nóżkach krzywuskach” nie wiedzieliśmy nic, aż do czasu jego narodzin…

Pomimo kilkunastu badań USG w trakcie trwania ciąży, wykonywanych tak za granicą  jak i tu
– w Polsce, nikt nie przekazał mi żadnych informacji, które wzbudziłyby mój niepokój.
Było wręcz przeciwnie – opisy badań ultrasonograficznych były szczegółowe i wszystko co dotyczyło kończyn dolnych, widniało na opisach jako „prawidłowe”.

Gdy w końcu nadszedł dzień „wyklucia” się Filipa – a było to 28 dni po przewidywanym terminie porodu i to dzięki cesarskiemu cięciu – sprawa stała się jasna.
Niestety, nie były to miłe przeżycia. Pielęgniarki nie mówiły nic, aż do czasu odwiedzin lekarza w mojej sali poporodowej. Okazało się, że wadą wrodzoną są stopy końsko – szpotawe.

Absolutnie nie wiedzieliśmy na czym polega ta wada.
Nigdy nie mieliśmy kontaktu z nikim, kto byłby nią obarczony, ani z nikim kto miał z nią styczność wśród swoich rodzin lub przyjaciół.
Przsłano do mnie lekarza ortopedę, który od razu powiedział, że nogi są tak zdeformowane iż konieczna jest operacja.
Przybliżony termin (na Kasę Chorych), o którym wtedy usłyszałam to początek 2014 roku!!!
Dodam, że Filip urodził się w połowie 2008 roku, więc miałby prawie 6 lat, a do tego czasu (aż nie chcę o tym myśleć) prawdopodobnie nie chodziłby wcale – no bo i jak?

Wielkim szczęściem i ogromną pomocą dla Nas byli wtedy moi rodzice.
Mój tato pracował  w jednym z klubów sportowych w naszym mieście i od lekarzy zajmującymi się sportowcami dowiedział się o istnieniu Dr Marka Napiontka.
Dziadek Paweł, czyli dziadek Filipa – zareagował błyskawicznie i cztery dni po urodzeniu Filipa, a zarazem po naszym powrocie ze szpitala do domu, byliśmy już umówieni na konsultację w Poznaniu.
Dowiedzieliśmy się wówczas, że najlepszym czasem na pierwszą wizytę- czyli na pierwsze rotowanie stopy jest 14-17 doba życia dziecka.

Nie wiedzieliśmy czego się po niej spodziewać?
I powiem śmiało, że nigdy tej pierwszej wizyty nie zapomnimy- ani ja, ani moi rodzice, a wielkim szczęściem jest to, że nie pamięta jej Filip.
Doktor okazał się niesamowicie ciepłym i bardzo wspierającym człowiekiem.
Jedno co zawsze ceniłam w lekarzach i co cenić będę do końca życia – to brak histerii i spokój wewnętrzny.
Ja, jako świeżo upieczona, 24-letnia  mama z dzieckiem, które ma tak zdeformowane stopy, że aż ciężko na nie patrzeć, usłyszałam od doktora, że to TYLKO KOSMETYKA!!!
Uwierzcie mi – to jedno zdanie Doktora Napiontka, odmieniło mój pogląd na tę wadę – i powiem więcej – w dużej mierze odmieniło mój cały Światopogląd…
Zdałam sobie sprawę, że to faktycznie – tylko stopy. Chwała Bogu nic więcej!
Byliśmy we właściwym czasie, u właściwej osoby i trzeba było po prostu zacząć leczyć nasze krzywuski.

Filipa położyliśmy na leżankę.
Doktor podotykał stópki dokładnie i ocenił wadę jako „stiff- soft” czyli jako przedostatnie stadium sztywności i zadecydował  o rozpoczęciu leczenia metodą Ponsetiego.
Doktor prosił, aby mocno trzymać go za rączki i przytrzymać w biodrach, a sam z Panią Marią zajęli się stopami.
Nie było do uwierzenia ile mocy może być w dwutygodniowym dzieciaczku.
Jakby to nie wyglądało – doktor w cztery palce chwycił jego jedną, a potem drugą stopę i po prostu wykręcił je na tej wizycie w drugą stronę.
Zaraz potem przyszedł na to gips… i wielki płacz.
Z tytułu, że cała procedura nie jest wykonywana w znieczuleniu z powodu wieku pacjenta – nie jest to przyjemny moment.
Płacz mojego dziecka ocierał się o odgłosy zabijanego prosiaczka.
Traumatyczne przeżycie, ale już wtedy było wiadomo, że to wszystko jest robione po to, by pomóc maluchowi.
Droga powrotna do rodzinnego miasta to 200 km. I było to najdłuższe 200km w życiu moim i moich rodziców – w szczególności taty- który w tych mało komfortowych warunkach prowadzić musiał samochód.
Dziadek Paweł ze stresu i hałasu prawie rzucał kluczykami w las na postojach, ja straciłam ze stresu pokarm, dziecko było głodne, płakało jeszcze bardziej. Nie była to lekka droga. Po tych pierwszych wspólnych smutkach- ale też i nadziei, dotarliśmy do domu. Filip od tamtej pory karmiony był mlekiem modyfikowanym, a każdy tydzień był bardzo podobny do poprzedniego przez cały czas zakładania kolejnych gipsów.

Filip w jednym z pierwszych gipsów.

Filip w jednym z pierwszych gipsów.

 

W poniedziałki jechaliśmy do Poznania na rotowanie nóżek i gipsy, do czwartku Filip oswajał się z nimi, dyskomfortem i bólem a trzy dni później był kolejny poniedziałek… i to samo od początku.
Na przedostatniej wizycie miało miejsce nacięcie ścięgien Achillesa.
Miejsce nacięcia zostało posmarowane maścią znieczulającą i po kilkunastu minutach wróciliśmy do gabinetu, ścięgna zostały nacięte i zostały założone przedostatnie gipsy.

Filip był bardzo radosnym i dzielnym małym pacjentem.
Całe szczęście – nie dokuczały mu jakieś straszne kolki.
A na te mniejsze – radziliśmy Espumisanem i  ruszaniem nóżkami.

Do wielu rzeczy musieliśmy się i my przyzwyczaić.
Przebieranie było dość uciążliwe, ale do czasu nabrania wprawy. Gipsy założone były przecież od palców stóp aż po pachwiny, więc czasem przy luźniejszych kupach lub fontannowym sikaniu jak to u chłopaków bywa- trzeba się było nagimnastykować.

 

 

kąpiel Filipa na przewijaku

kąpiel

 

Kąpanie też było atrakcyjnym przeżyciem.
Kładliśmy Filipa w poprzek przewijaka i podtrzymywaliśmy mu plecy i głowę nad miską z wodą.
Za pomocą pieluchy był codziennie świeżutki i pachnący od pupy po głowę. Ale sama „kąpiel”- w związku z tym, że gipsów nie można było zamoczyć- była nie lada wyzwaniem.

Gipsowanie trwało do końca listopada, o ile dobrze pamiętam. Stopy wyglądały anielsko w  porównaniu do tego jakie były na początku. W końcu były przodem do przodu i górą do góry a nie „na lewą stronę”.

 

 

 

Filip z szyną

Filip z szyną

Po zdjęciu ostatnich gipsów Filip dostał szynę derotacyjną.
No i tu zaczęło się kombinowanie od samego początku.
Sznurowadła stały się super zabawką – ba! – nawet sama szyna się nią stała.
Jedno jest przy noszeniu szyny najważniejsze – konsekwencja!
A dziecko się do niej przyzwyczai.
Człowiek- nawet taki mały- też może.
Zdejmowana była tylko do kąpieli a potem co miesiąc o 20 minut mogliśmy wydłużać czas w ciągu dnia spędzony bez niej.
Spanie bezwzględnie- tylko i wyłącznie w szynie.
Szyna stała się świętością!
Świętością stało się też 15-20 minutowe masowanie i naciąganie stóp do góry, aby rozciągać ścięgno Achillesa.
Z szyną radził sobie doskonale – trzeba było młodego tylko trochę nakierować i pokazać, że pomimo tego kagańca między nogami- też może robić wiele rzeczy. No i tym sposobem mając 6 miesięcy elegancko nauczył się raczkować razem z nią na nogach. Można to zobaczyć na naszym kanale Filip na YouTube.
Wyprawy samolotowe, których parę odbyliśmy będąc już posiadaczami szyny, też nie stanowiły problemu- trzeba było tylko wytłumaczyć o co chodzi Służbie Celnej.
Nigdy nie spotkaliśmy się z jakimiś problemami na lotnisku w związku z nią.

Wiosną niestety szyna nie wytrzymała presji dziecka i… się złamała. Poprosiłam wujka, aby zrobił mi taką samą – tyle że z metalu większego kalibru. Wywiercił w niej dziury, szybko ją podmieniliśmy i młody śmigał w niej dalej, a w czerwcu (o ile dobrze pamiętam) Filip zaczął chodzić, mając 10 miesięcy.
Pan Profesor do chodzenia zalecił nam buty bardzo dobrej jakości i polecił podklejanie podeszwy nieco grubszą gumą, od wewnętrznej ich strony.
U dobrego szewca i po przyzwoitym wytłumaczeniu mu o co chodzi- do zrobienia od ręki.
Co kilka miesięcy trzeba  było pojechać do doktora do Poznania, aby zobaczył jak ustawiają się nogi. Przez dłuższy czas wszystko było w porządku, ale niestety wada zaczęła się powoli wracać. O tym zagrożeniu zostaliśmy również uprzedzeni na pierwszej wizycie.
Powiedziano nam, że wada może powracać, aż do czasu, gdy dziecko przestanie rosnąć.

1-filip-po-operacji

Filip po operacji.

Zaczęła nawracać w 4 roku życia.
Doktor zadecydował, że w przypadku Filipa najodpowiedniejszym krokiem będzie operacja.
I w grudniu 2012 roku się na nią udaliśmy.
Przeprowadzona była przez Profesora również w Poznaniu.
Była to operacja „jednego dnia”. W nocy wyjechaliśmy z domu, aby nad ranem zjawić się na czczo w Poznaniu, o 8-ej Filip pojechał pod nóż a ok 10.30 było już po wszystkim. Operacja przeprowadzona była w znieczuleniu ogólnym. Trudne chwile, były gdy dziecko się ocknęło po narkozie. Nie był jeszcze wtedy w pełni „świadomy” i za wszelką cenę chciał sobie zdjąć gipsy, stłuc je, strząsnąć sobie z nóg…a były olbrzymie i ciężkie jak diabli.
4-latek – biegający już od dawna – nagle w wielkich gipsach. Ciężko było, ale i z tym sobie poradziliśmy.
Rozmawiałam z nim – pomimo dość młodego wieku – o operacji, zanim na nią poszedł. I od samego początku uświadamiałam go i mówiłam, że będzie bolało ale po paru dniach przestanie. Z 4-latkiem już można się dogadać. No i najważniejsze – miał obiecane, że jak będzie dzielny, to Mikołaja w przedszkolu zobaczy, bo bardzo był zawiedziony że tak ważne chwile z życia przedszkolnego ominą go przez operację i gipsy.

 

 

Wigilia w przedszkolu.

Wigilia w przedszkolu.

Jak obiecałam- tak też zrobiłam- i do przedszkola na Wigilię grupową zawiozłam go osobiście.
Zresztą bardzo zależało mi na tym, aby przynajmniej towarzysko nie odczuł, że jest zniewolony przez te olbrzymie gipsiory.
Jeździliśmy do znajomych samochodem, bawił się z dziećmi i czasem odwiedzał grupę w przedszkolu. Pełzanie po domu doprowadził do perfekcji. Mały Wielki Silny Człowiek.  Po dwóch miesiącach duże gipsy do pachwin został zastąpione mniejszymi- do kolan. Jeśli chodzi o rehabilitację- to uczciwie powiem- nie było takiej.

 

 

 

Po zdjęciu gipsów minęły trzy dni, a Filip już biegał. Teraz wizyta kontrolna zaplanowana jest na wakacje 2017 roku. Oczywiście u Profesora Napiontka.

Na chwilę obecną osobiście nie widzimy żadnych zaburzeń w związku ze stopami.
Jedynym problemem, który już raczej zawsze będzie mu doskwierał- jest bardzo wysokie podbicie. Wiąże się to niestety z trudnościami przy kupnie butów.
Filip jest sprawy i zdolny do wszystkiego. Jest jednym z najszybszych chłopców w swoim szkolnym roczniku.
Trenuje pływanie oraz piłkę nożną  i jest w szkolnej drużynie sportowej !

Będąc teraz w kolejnej ciąży- zdecydowałam się za namową swojego lekarza, na wykonanie badań prenatalnych, aby wykluczyć jak największą ilość chorób, które mogłyby dotknąć dziecko.
Miałam  też kilkukrotną możliwość rozmowy i konsultacji z panią genetyk.
Powiedziała, że niekoniecznie jest to wada genetyczna, a przynajmniej nie zawsze tak jest. Bywa również, że dzieciątko w łonie matki pokrzywi się z tytułu warunków panujących w macicy. Często są to na przykład mięśniaki, które zabierają potrzebną przestrzeń w chwilowym domu płodu.
Moim zdaniem warto jednak trzymać rękę na pulsie.
I lepiej o wadzie wiedzieć zawczasu, aby móc psychicznie, medycznie  i finansowo przygotować się do pomocy nowonarodzonemu małemu obywatelowi.

 

Zdjęcie w nagłówku: Pływanie